Za nami już dwa wyścigi. Oba odbyły się na piekielnie szybkich torach w RPA i Argentynie. Ale prawdziwe piekło czeka nas na ulicach Long Beach w Stanach Zjednoczonych. Dotychczas wystarczało wciskać gaz do oporu i kręcić kierownicą, a gdy przydarzył się błąd można było sobie wyjechać na trawkę. Teraz nie będzie tego luksusu i każda obcierka może okazać się tą ostatnią
Sam tor powstał w 1975 roku, a wyścigi F1 odbywały się na nim od 1976 do 1983 roku. Od razu okazał się wielkim sukcesem i zaczęto nazywać go Amerykańskim Grand Prix Monaco. Oprócz ciasnych technicznych sekcji posiada dwie długie proste na których można pokusić się o próbę wyprzedzania. Przed hamowaniem do T1 najszybsze bolidy osiągają nawet 290 km/h co powoduje, że hamulce dostają mocno w kość i mogą sprawiać problemy pod koniec wyścigu.
Tymczasem na naszym podwórku rządzi i dzieli ekipa Radiophobia Racing Team, która ma już 51 punktów przewagi nad zespołem Unexpected Racing Team. Także w klasyfikacji indywidualnej prym wiodą kierowcy Radiophobii, Rafał Kucharzyk oraz Dawid Paszkowski. Jedynie Tomasz Kozdroń z zespołu BioHazard Racing Team nawiązał walkę podczas Grand Prix Argentyny. Czy znajdzie się jeszcze jakiś śmiałek gotów stanąć w szranki z Radiophobią? Dowiemy się o tym 25 kwietnia na ulicach Long Beach.